Jeden dzień z życia fundacji, półżartem – półserio

2 Paź
0
0

Czasem spotykam się z opiniami, że prowadzenie fundacji to łatwy biznes. Naiwniaki dają pieniądze które pracownicy fundacji wydają na ubrania, buty, wakacje lub przepijają lub przejadają. A jak to wygląda u nas?

Miesięczne zobowiązania fundacji jeśli chodzi o hotelowanie zwierząt z karmą wynosi od 5 do 7 tys. zł. W zależności od pory roku. W tym roku w wakacje przekroczyliśmy 8 tys ponieważ znaleźliśmy i przyjęliśmy 19 psów. Wakacje są bardzo trudnym okresem z 2 powodów, nasi darczyńcy są na wakacjach, mają z tym związane koszty no i nie ma ich przed komputerami ;-) co zmniejsza nasze wpływy a 2 powód to nadmiar psów które do nas trafiają po prostu z ulicy. Ludzie jadąc na wakacje pozbywają się swoich pupili. Mamy więc więcej zwierząt, więcej wydatków a mniej wpływów :-( wakacje 2013 odczuwamy do dziś gdyż nadal ciągnie się za nami ogromny dług w lecznicy Elwet w Warszawie.

Do kosztów hotelowania dochodzą koszty leczenia. Tych nigdy nie udało nam się przewidzieć. Ale wahają się od około 3 do 12-13 tys. w zależności od tego jaki zwierzak do nas trafia i co mu jest.

Są więc miesiące gdzie mamy ponad 20 tys zł kosztów.

A wpływy? średnio fundacja ma około 10 tys zł miesięcznie. Są miesiące kiedy wpływa 12-13 tys ale w miesiącach wakacyjnych jest to suma rzędu 6-7 tys. Błedem naszym a właściwie moim jest nieplanowanie wydatków, niezostawianie rezerw. Więcej środków to więcej psów którym możemy pomóc. Tak powstają długi :-(

A jak wygląda jeden dzień z życia kogoś kto prowadzi/jest w fundacji?

Cóż zaczyna się codziennie bardzo wcześnie ok 6 rano. Budzi mnie moja 1,5 roczna córeczka i pierwszy telefon. Pani jest w dordze do pracy, w autobusie i przeglądała ogłoszenia. Chce pieska. No dobrze ale którego pieska? No tego z ogłoszenia. Ale proszę Pani piesków jest 20 i wszystkie mają ogłoszenia. Cóż pani nie pamięta, sprawdzi i zadzwoni. Ufff idę po kawę i mleko dla Zosi. Dzwoni kolejny telefon, to Karolina, jest w drodze do pracy i zaraz nie będzie mogła rozmawiać a jest kilka fundacyjnych tematów. W trakcie rozmowy daje Zosi mleko, budzę Gabrysie do szkoły i szykuje śniadanie.  Po 15 minutach kończę rozmowę to słyszę połączenia oczekujące. Oddzwaniam po kolei. Dzwonią hotele powiedzieć jak psy, lecznice rozmawiać o płatnościach i podopiecznych, ja też dzwonię jednocześnie wyprawiając Gabi do szkoły, Konrada do pracy i szykując siebie i Zosie na spacer. Podczas spaceru rozmawiam z kolejnymi osobami (zostały domy tymczasowe i chętni do adopcji ;-) oraz koleżanki z innych organizacji). Podczas spaceru zakupy, poczta, placyk zabaw i wracamy. Cały czas mam włączony internet w telefonie, fb szaleje, ludzie pytają, komentują, proszą o rozliczenie wpłat. Trudno, muszę położyć Zosie spać. Po 20 minutach Zosia śpi. Siadam do komputera. Odpisuje na wiadomości, maile, zamawiam karmy, udostępniam bazarki etc etc. O kurcze…zaraz wraca Gabi a nie ma nic na obiad, to nie będę pisać, lepiej zadzwonię pogadam i zrobię obiad. Mija godzina, obiad zrobiony, Gabi w domu, Zosia wstała. To zostaje internet w telefonie i telefon. Rozmawiając z kolejnymi osobami odpowiadam na pytania dziecka i idziemy na spacer. Pada kolejny raz tego dnia „mamo czy skończysz kiedyś gadać?” No cóż nie wiem. W końcu muszę wytłumaczyć czemu zalegamy z płatnościami, zlecić badania zwierzakom, wydać je do adopcji. Jest 18. Głowa mi paruje ze zmęczenia i stresu (niestety jedyna myśl to jak utrzymać fundację, wydostać z długów i dalej działać, jak pomóc psom). Ula i Kinga skończyły prace, mogę do nich na spokojnie zadzwonić i pogadać o tym: utrzymać fundację, wydostać z długów i dalej działać, jak pomóc psom. Konrad przejął Zosie a Gabi odrabia lekcje. Po ustaleniu planu działań zaczyna się wieczór. Uffff. Nagle dzwoni Karolina, pies się źle poczuł, muszą jechać do weterynarza. No to biorę telefon i dzwonię do lecznicy że przyjedzie pies. Chwilę później okazuje się że kolejny pies źle się czuje i kolejny jedzie. Znów próbuje dodzwonić się do lecznicy. Z tyłu głowy liczę kolejne złotówki. Szybki telefon do Uli. Awaria jest. Nocny dyżur, leki. Nie mamy środków i tak mija czas do północy….

Wakacje?

Moje nad morzem trwały 4 dni z czego 2 wisiałam na ..telefonie:-) Póżniej telefon się wykąpał. Awaria telefonu to czasem zbawienie.

Co mam w zamian za stres? Przecież z jakiegoś powodu to robie :-)

Długi długami, stres stresem ale zobaczyć po kilku miesiącach w nowym domu byłego podopiecznego który ledwo żywy, skatowany przez człowieka walczył o życie w lecznicy, sikał pod siebie ze strachu przed ręką teraz leży wyciągnięty na kanapie a na swojego człowieka patrzy z miłością, oddaniem i pełnym zaufaniem… cóż. Chyba jest bezcenne :-)

 

 

Category: Aktualności
Top